O mnie
 
Henryka Bochniarz, doktor ekonomii, prezydent Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych
 


Najnowsze komentarze
 
2011-12-27 09:52
Pożyczki Gotówkowe ONLINE do wpisu:
Lepszy obraz pracodawców
samozatrudnienie to nie ciężka praca ;] może tylko trudna.
 
2011-12-25 15:22
montaż klimatyzacji do wpisu:
Lepszy obraz pracodawców
przy odpowiednim dobraniu próbki można wszystko udowodnic
 
2011-12-22 22:43
montaz.wentylacji do wpisu:
Lepszy obraz pracodawców
a póżniej kontrola US, ZUS, PIP i przedsiębiorca mówi pas
 




 
Rok 2007
 

 
Rok 2006
 


 Oceń wpis
   
Bieżące rozgrywki polityczne stały się nadzwyczaj męczące, a przy tym mało konstruktywne. Lepiej więc zajmować się czymś konkretnym i czymś co lepiej nastraja do otaczającej rzeczywistości. Z pewnością takim konkretem są „ciepłe” jeszcze wyniki, zleconych przez PKPP Lewiatan, reprezentatywnych badań pracujących Polaków, z których wyłania się obraz społeczeństwa w większości zadowolonego ze swojej pracy i pracodawców, nieobawiającego się bezrobocia i mniej skłonnego do migracji zarobkowej niż by to wynikało z potocznych i medialnych dyskusji.
Trudno, żeby było inaczej skoro sytuacja ekonomiczna zakładów pracy była oceniana przez większość badanych jako bardzo dobra lub dobra (84,6%). Zaledwie 3,1% oceniło ją jako złą. Pracownicy wysoko oceniają organizację pracy i warunki bhp, a także fachowość i autorytet przełożonych. Nieco gorzej wypowiadają się o komunikacji między przełożonymi a podwładnymi. Przełożeni z jednej strony są postrzegani jako dobrzy fachowcy, ale bywają też krytykowani za brak sprawiedliwej oceny pracowników. Stosunkowo rzadko prowadzi się w zakładach działania integrujące pracowników.
Inaczej też, niż w alarmistycznych raportach Państwowej Inspekcji Pracy, wygląda poszanowanie prawa pracy. Pracownicy, pytani o te kwestie, jednoznacznie stwierdzali, że płaca wypłacana jest terminowo (96,8%), pracodawca w terminie reguluje należności wobec pracowników (94,4%), urlopy udzielane są w pełnym wymiarze (90,8%), dokumentacja czasu pracy prowadzona jest prawidłowo i zawiera rzeczywistą liczbę przepracowanych godzin (89,7%). 90,6% pracowników deklaruje, że podatki i składki ZUS odprowadzane są od całości ich wynagrodzenia. W sumie więc, obszary patologii w stosunkach pracy dotykają od 3 do 10 proc. pracowników, a nie jak głosi PIP 60%! Przy tak rygorystycznych przepisach i ciągle mało elastycznych systemach rozliczania czasu pracy, jest to bardzo dobry wynik, który zadaje kłam twierdzeniom o wczesnokapitalistycznym wyzysku jaki ponoć odbywa się w naszych firmach.
Nasi pracownicy oceniają, że praca nie tylko daje im podstawy materialne, ale także zaspokaja potrzeby wyższego rzędu: bycia potrzebnym, szacunku ze strony otoczenia, poczucia odpowiedzialności. Tego, że nie są zadowoleni z wysokości otrzymywanego wynagrodzenia można było oczekiwać. (Na marginesie, o dziwo, to poczucie niezadowolenia jest wprost proporcjonalne do wysokości zarobków). Co istotniejsze, jednak to fakt, że praca w naszych przedsiębiorstwach, zdaniem pracowników, nie daje możliwości awansu zawodowego. To jest poważny problem, który jasno pokazuje niedostatki zarządzania zasobami ludzkimi. Ten aspekt kierowania w wielu firmach ciągle jest niedoceniany, budowanie ścieżek kariery traktowane jako fanaberia czy niepotrzebna nowinka. Potrzebna jest więc edukacja i pokazanie narzędzi służących zarządzaniu kadrami. Pamiętam, że w pierwszej edycji cyklu szkoleń w ramach projektu „Przyjaciele sukcesu” wymyślonego i prowadzonego przez Microsoft Dynamic, ta część programu, na początku traktowana z rezerwą, na końcu okazała się hitem. Warto więc w to inwestować.
Stosunkowo wysoki odsetek respondentów (29-45%) notuje polepszenie różnych aspektów jakości pracy (m.in. praca daje im szacunek otoczenia, poczucie własnej wartości, spełnienie ambicji zawodowych) w ciągu ostatnich trzech lat. Zaledwie 2-5% badanych twierdzi, że różne aspekty jakości pracy pogorszyły się.
W badaniu pytano także o poczucie więzi z aktualnym zakładem pracy. Aż 60% Polaków jest dumnych, że pracuje w swoim zakładzie pracy. Jednak tylko co piąty respondent odrzuciłby ofertę przejścia do innego zakładu, gdyby oferowano mu wyższy zarobek.
W próbie zalazło się 5,4% pracowników samozatrudnionych. Większość z nich (59,7%) wybrała ten sposób pracy z własnej woli, a jedynie 8% została do tego nakłoniona przez pracodawcę, co wyraźnie przeczy obiegowym opiniom w tej sprawie. 75% deklaruje zadowolenie z samozatrudnienia, 19,7% mówi, że czasami jest zadowolona, a czasami nie. Nikt natomiast nie deklarował niezadowolenia.
Porównując dane z wielu lat widać wyraźnie, że istotnie zmniejszyło się poczucie zagrożenia bezrobociem: obawia się go 22,6%, podczas gdy chorób 61,2%, braku perspektyw dla dzieci 29,1%, biedy 26,6%.
Jak widać, złe opinie dotyczące pracodawców i sytuacji na rynku pracy, wygłaszane z takim przekonaniem przez znaczną część polityków i związkowców, nie wspominając już o państwowych instytucjach, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością, są niesprawiedliwe i nieusprawiedliwione. Na dodatek służą zaostrzaniu prawa, podziałom, przeciwstawianiu jednych drugim. Politycy być może mają z tego krótkoterminową korzyść, bo mogą się postawić w roli obrońcy uciemiężonego rzekomo ludu pracującego miast i wsi. Wszyscy jednak na tym tracimy, bo fałszujemy kolejny wycinek naszego życia, a w efekcie tworzymy fałszywe rozwiązania. Nie dajmy się więc politykom i trzymajmy się faktów.

Henryka Bochniarz
2007-08-03 16:07
Ogólne Komentarze (24)
 Oceń wpis
   
Wieje smutkiem i beznadzieją. Beznadzieją, bo przed nami kolejne miesiące politycznych przepychanek, wzajemnych oskarżeń, połajanek, wyborczych i sejmowych kalkulacji, codziennych sondaży pod tytułem „gdyby jutro odbyły się wybory”, choć wiadomo, że żadne wybory jutro się nie odbędą. Nie da się tego słuchać i oglądać, bo pozbawia to energii, jest jałowe i pogrąża, szczególnie administrację, w chaosie.
Ciągłe zmiany polityczne spychają na margines ważne dla gospodarki i społeczeństwa reformy, opóźniają proces decyzyjny, a przede wszystkim powodują, że rzeczywistość staje się nieprzewidywalna. A bez tego wszystkiego gospodarka i firmy, które ją budują, nie mogą się rozwijać. Każdy coś planuje, każdy opiera się na prognozach makroekonomicznych, na analizach koniunktury, na analizach skutków przyszłych, ale już teraz procedowanych aktów legislacyjnych, analizach stabilności, także politycznej. Inaczej ryzyko działania biznesowego jest zbyt duże, a w konsekwencji znika skłonność do inwestowania, do zatrudniania, do zdobywania nowych rynków, do tworzenia nowych produktów.
Czy politycy, organizując kolejne „zadymy”, przez chwilę choćby o tym myślą? Nie sądzę. A przecież
przed nami pilne zadania: konsolidacja finansów publicznych, reforma służby zdrowia, budżet na 2008 rok, emerytury pomostowe, usprawnienie procesu inwestycyjnego (likwidacja barier, nowe rozwiązania dotyczące zagospodarowania przestrzennego, nowe prawo budowlane itd.). reforma finansów publicznych, oswobodzenie działalności gospodarczej z nadmiaru ograniczeń. Do tego coraz bardziej kompromitująca cisza w sprawie Euro 2012, kompletny bezruch w sprawie budowy dróg (świeżo ogłoszono kolejny plan ministra transportu, jakby z samego ogłaszania takich planów coś wynikało), „umowa społeczna” zapomniana gdzieś w kącie i realna groźba kolejnych obietnic wyborczych, które nie budują tylko kosztują.
Myślenie o gospodarce i państwie tylko przez pryzmat polityki jest bardzo krótkowzroczne, groźne i nieodpowiedzialne. Potrzeba nam więcej inicjatywy i merytorycznej dyskusji. Potrzeba nam realnej współpracy polityków i ich nowoczesnego przywództwa rozumianego jako chęć rozwiązywania problemów, a nie prowadzenia ciągłych sporów politycznych. Gdyby przedsiębiorcy tak zarządzali swoimi firmami, jak politycy zarządzają Polską, dawno by zbankrutowali. A Polska?
2007-07-16 11:38
Ogólne polityka, reformy, przedsiębiorcy, wybory, politycy Komentarze (14)
 Oceń wpis
   
Kataster, opodatkowanie najbogatszych, podwyżki CIT - trwa festiwal pomysłów na dodatkowe pieniądze dla służby zdrowia. Podwyżek płac domagają się kolejne grupy społeczne, a koalicja rządowa już wcześniej wydała wiele z efektów wzrostu gospodarczego. Widać wyraźnie, że ten festiwal pomysłów w gruncie rzeczy oznacza brak pomysłów na Polskę i jej rozwój. W efekcie przejemy wzrost gospodarczy, a niezbędne reformy znowu zostaną odłożone ad acta.
To niebezpieczna gra, bo choć PKB rośnie dynamicznie, bezrobocie spada, eksport w skali 12-miesięcznej przekroczył 100 mld euro, zaś inwestycje osiągnęły 21 proc. PKB, Polska już dawno przestała być liderem środkowej Europy: Estonia czy Łotwa osiągnęły w 2006 roku blisko dwa razy szybsze tempo wzrostu PKB (11,5%).

Rząd ciągle za cnotę uważa trzymanie się kotwicy budżetowej na poziomie 30 mld złotych zwiększając w ten sposób dług publiczny o kolejne 4-5 punktów procentowych rocznie. Gospodarka ma przestarzałą strukturę: 16% zatrudnionych w gospodarce narodowej pracuje w rolnictwie, które wytwarza zaledwie 4% PKB. Nasz PKB na głowę (wg parytetu siły nabywczej) jest najniższy wśród UE-25 (12800 euro w 2006 r.), podczas gdy w Czechach sięga 19000 euro, a w Słowenii 20900 euro.

Tylko cztery województwa (mazowieckie, śląskie, wielkopolskie i dolnośląskie) osiągają PKB na obywatela wyższe od średniej krajowej i, co gorzej, to zróżnicowanie się pogłębia.
Mimo wyraźnego spadku, poziom bezrobocia nadal jest wyższy niż w krajach sąsiednich (z wyjątkiem Słowacji). Stopa bezrobocia w grupie wiekowej 15-24 lata jest niemal dwukrotnie wyższa niż w Czechach i prawie 2,5 razy wyższa niż w Estonii czy na Łotwie.

Z kolei stopa oficjalnego zatrudnienia w Polsce jest dramatycznie niska: w 2006 roku wynosiła 54,5%, podczas gdy w Słowenii ponad 66%, w Czechach 65%, w Estonii 68%. W UE jest to średnio 66%, zaś w USA 72%. Każdy pracujący Polak ma więc na utrzymaniu 2,5 osoby w wieku produkcyjnym, przed- i poprodukcyjnym. Zaledwie 13% spośród zatrudnionych kobiet pracuje do osiągnięcia wieku emerytalnego, a zatrudnienie w grupie osób 55-65 wynosi 28%. Reszta albo ucieka w renty, albo w świadczenia przedemerytalne, albo wcześniejsze emerytury! Tworzymy w ten sposób nową grupę sfrustrowanych, bo bezczynnych i zawodowo wykluczonych.
Mamy niższą od Czech, Słowenii i Węgier produktywność pracownika (62% średniej unijnej). Od 2006 roku wzrost płac zaczyna wyprzedzać wzrost wydajności pracy. Na badania i rozwój wydajemy trzy razy mniej niż wynosi średnia w UE i sześć razy mniej niż Finlandia. Zła jest też struktura tych wydatków, skoro firmy finansują tylko 30% tych nakładów.

Mamy wśród nowych krajów członkowskich, poza Węgrami, najwyższy dług publiczny w stosunku do PKB (47,8% w 2006 roku), przy 30,4% Czech, 4,1% Estonii czy 10% Łotwy. Obniżenie składki rentowej, obniżka PIT w 2009 r., podwyższona waloryzacja rent i emerytur od 2008 r., zmiany w polityce prorodzinnej, dotacje do biopaliw to dodatkowe wydatki budżetowe na poziomie 45 mld złotych w ciągu dwóch lat, czyli 4,3% PKB z 2006 r. W kolejce na sfinansowanie z budżetu czekają: zobowiązania wobec UE pomniejszania deficytu sektora finansów publicznych, emerytury pomostowe, kolejna ulga prorodzinna, podniesienie płacy minimalnej do połowy średniego wynagrodzenia. Widać więc, że deficyt finansów publicznych będzie dalej rósł.

Mimo stałych deklaracji polityków co do ułatwiania działalności gospodarczej, w rankingu Banku Światowego Doing Business 2007 Polska jest na ostatnim miejscu w UE (także za Bułgarią i Rumunią), a na 75. miejscu spośród 175 badanych krajów pod względem łatwości prowadzeni działalności gospodarczej. Ciągle obowiązuje ponad 200 rodzajów zezwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej, 80 rodzajów dopuszczeń produktów i usług do obrotu, 50 rodzajów dopuszczeń urządzeń i instalacji do eksploatacji, 40 rodzajów licencji, 130 rodzajów dopuszczeń do wykonywania zawodu, kilkanaście rodzajów limitów produkcji i obrotu.

Takich liczb można przytaczać wiele. Widać z nich jedno: trzeba nam poważnych i głębokich, a przy tym dobrze i szybko zaplanowanych reform, nie zaś kolejnych plasterków czy chwilowego łatania dziur i dyskusji o pojedynczych rozwiązaniach oderwanych od całościowej wizji. Dziś gospodarka się kręci, ale co będzie jutro, gdy koniunktura osłabnie?
2007-07-04 13:57
Ogólne ekonomia, polityka, koniunktura Komentarze (13)
 Oceń wpis
   
Prezydent Lech Kaczyński podczas spotkania z Komisją Krajową „Solidarności” w Gdańsku uznał, że „samozatrudnienie to najczystsza paranoja”.

W Polsce osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą jest ponad 1 milion. Wszystkich zarejestrowanych (choć nie zawsze czynnych) przedsiębiorców i przedsiębiorstw ponad 3 miliony. W sumie dają pracę ponad ¾ zatrudnionych. To przedsiębiorcy i ich przedsiębiorczość, nie zaś politycy czy związkowcy tworzą sukces gospodarczy Polski. To oni ryzykują swoją pracą i swoim majątkiem powodzenie lub klęskę swojej firmy, bo przecież Państwo im nie dopłaci, jeśli będą bankrutować, jak dopłaca wielu przedsiębiorstwom państwowym czy samorządowym?

Z jednej strony rząd cieszy się sukcesem gospodarczym Polski ostatniego roku (choć na tle regionu jest on dość umiarkowany), z drugiej, podobnymi stwierdzeniami podważa fundamenty gospodarki rynkowej i kapitalistycznej, kwestionując zasady wolności gospodarczej i obywatelskiej.
A trzeba pamiętać, że ponad 40% polskich firm założyli ludzie, którzy zaczynali od samozatrudnienia, od polowego łóżka, od małego warsztatu w przydomowym garażu, często bez elementarnej wiedzy biznesowej i jakichkolwiek doświadczeń wolnego rynku.

Tak krytyczna ocena Pana Prezydenta wzbudza uzasadniony niepokój o życiowe perspektywy u ponad 1 mln osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą a także ich rodzin. Czy Państwo weźmie ich na swój garnuszek, czy państwo stworzy ten milion miejsc pracy, skoro w ubiegłym roku, poza paroma tysiącami urzędników, raczej zwalniało niż zatrudniało?

Tak więc wołam o zdrowy rozsądek w ocenie samozatrudnienia w polskiej gospodarce. Moim zdaniem, postawa odpowiedzialności za własny los jest bogactwem społecznym, którego nie należy pochopnie marnotrawić a tym bardziej dyskredytować.
Prowadzenie samodzielnej działalności gospodarczej - nawet jednoosobowej - zmusza do stałego poszerzania wiedzy o rynku, na którym się działa, o podatkach, o konkurencji, a przede wszystkim kształtuje poczucie odpowiedzialności, którego często brakuje pracownikom najemnym.

Oczywiście, nie wszyscy samozatrudnieni staną się z czasem pracodawcami. Wielu będzie świadczyło różnego rodzaju usługi indywidualnie. W dzisiejszej gospodarce, która wymaga coraz dalej idącej specjalizacji, elastyczności, tworzenia zespołów do realizacji pojedynczych projektów, tacy „wolni strzelcy” są niezbędni.
Doświadczenie, jakie daje samozatrudnienie jest również cenne w przypadku tych, którzy powrócą do roli pracowników. Nawet krótki okres samodzielnej działalności gospodarczej uczy odpowiedzialności, rachunku ekonomicznego, pozwala lepiej zrozumieć ograniczenia, którym podlega pracodawca.

Być może Prezydent myślał nie o wszystkich samozatrudnionych, a tylko o tych, którzy samozatrudnionymi być nie chcą, ale inaczej nie mieli szans utrzymać dotychczasowej pracy. To już zupełnie inna sprawa. Nie popierałam, ani nie popieram zmuszania pracowników do samozatrudnienia. Takie działanie jest niezgodne z obowiązującym prawem, ale nie uda się go wyeliminować, jeżeli nie obniżymy pozapłacowych kosztów pracy. Pracodawca wypłacając pracownikowi „do ręki” 100 zł musi dodatkowo zapłacić blisko 80 zł w postaci podatków i składek na różnorodne fundusze. Dlatego sekunduję tym zamiarom rządu, które mają doprowadzić do obniżenia pozapłacowych kosztów pracy. Zniknie wtedy zjawisko pozornego samozatrudnienia. Natomiast samodzielna działalność gospodarcza dalej będzie motorem rozwoju przedsiębiorczości, wzrostu zatrudnienia i wzrostu gospodarczego, podobnie jak to się dzieje w wielu innych krajach Europy.

Według raportów, w większości krajów OECD samozatrudnienie ma większy udział we wzroście zatrudnienia niż praca najemna, zaś na przykład w Grecji samozatrudnienie, dotyczy już 32% ludzi pracujących, we Włoszech jest to 29%, w Belgii 16%, w Hiszpanii 19%, w sąsiednich Czechach 17,4%.
PARP, w końcu rządowa agencja, prowadziła w 2004 roku badania, z których jasno wynika, że 25% samozatrudnionych zdecydowało się na takie ryzyko, bo spodziewa się większych dochodów, 22% chce być bardziej niezależna w miejscu pracy, 16% chce swobodniej dysponować swoim czasem. Tylko 5,3% wskazywało na przymus ze strony pracodawcy. Tak więc, Panie Prezydencie, może to jednak nie jest paranoja?

2007-02-26 11:25
Ogólne kaczyński, ekonomia, przedsiębiorcy, firma, biznes, samozatrudnienie, premier Komentarze (25)
 Oceń wpis
   
Po raz kolejny łatwo można się przekonać, że państwo nie jest dobrym przedsiębiorcą. Przykłady z ostatnich tygodni potwierdzają to bardzo spektakularnie. Oto największy na polskim rynku bank detaliczny, czyli PKO BP SA, od miesięcy nie ma nie tylko skompletowanego zarządu, ale także prezesa. Skarbowi Państwa to widać nie przeszkadza, skoro korowody trwają dalej. Jaki prywatny właściciel, albo prywatni udziałowcy spółki giełdowej, a pewnie i każdej innej, zgodziliby się na takie postępowanie, na ryzyko utraty zaufania, na ryzyko utraty przewag konkurencyjnych, na działanie bez jasnej strategii i jasnego przywództwa?

Chyba że jest to pierwszy przykład firmy, która takiego przywództwa nie potrzebuje, więc może minister skarbu zastanowi się, czy prezes jest tam w ogóle potrzebny? Oszczędności co prawda niezbyt duże, bo płaca prezesa tego banku jest na poziomie płacy burmistrza małego miasta, ale przynajmniej sytuacja jasna.
Żal tylko klientów banku, w znacznej części emerytów i rencistów, kompletnie niezorientowanych, że ich pieniądze od dłuższego czasu żeglują statkiem bez kapitana.
O zamieszaniu kadrowym w Orlenie nie ma co już wspominać.

Kliniczny przykład z innego podwórka to zadłużone szpitale. Co jakiś czas pojawia się problem, ale nikt nie ma odwagi go rozwiązać w sposób systemowy, a kolejne umorzenia długów niczego tu nie zmienią. Dopiero wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który odblokował komornikom zajmowanie szpitalnych kont w całości, zmusił ministra zdrowia do działania, a i tak na zasadzie plasterka przykładanego na wielką ranę. I znowu kolejne budżetowe pieniądze na ratowanie czegoś, czego z definicji uratować się nie da. Trudno się dziwić rozgoryczeniu obywateli, którzy na służbę zdrowia płacą coraz więcej, także z własnej kieszeni, a otrzymują coraz mniej.
Co robić? Odpowiedź jest jedna: prywatyzować. Do tego jednak trzeba politycznej odwagi i racjonalności. Jedno i drugie to dziś towary deficytowe. I za ten deficyt przyjdzie nam drogo zapłacić.
2007-02-07 13:10
Ogólne orlen, tk Komentarze (16)
 Oceń wpis
   
Polski rząd przegrał z polskim obywatelem sprawę w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. Trybunał uznał, iż akcyza za sprowadzane używane samochody była niezgodna z prawem unijnym. Tak się zdarza. Pewnie jeszcze niejeden raz obywatele będą wygrywać z własnym rządem procesy w ETS.

Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby Polacy nie musieli szukać sprawiedliwości w Europie, a polski rząd nie łamał unijnego prawa. Skoro jednak już się stało, to najprostszym i jedynym rozwiązaniem było przyznanie się do winy, przeprosiny i szybkie podanie procedury zwrotu niesłusznie pobranego podatku wraz z odsetkami. Tymczasem ministerstwo finansów zaczęło jakąś kompletnie niepotrzebną grę grożąc tym, którzy zwrócą się o zwrot niesłusznie zapłaconej akcyzy postępowaniami w sprawie zaniżania wartości samochodów przywożonych z Europy. „Bo my wiemy, że tak się działo….” – śmieją się ministrowie i mrugają do nas okiem - „Jak wy nam tak, to my wam jeszcze lepiej” – taki jest podtekst wypowiedzi. Tym samy ministerstwo proponuje obywatelom „układ” – wy nie domagajcie się zwrotu niesłusznie pobranego podatku, a my nie będziemy weryfikować wartości pojazdów, choć wiemy, że skarb państwa był oszukiwany.

To podwójnie chore podejście. Jeżeli organy państwa wiedziały, że wartości samochodów były zaniżane i nic w tej sprawie nie robiły od lat, a nawet się z tym godziły – to działały na szkodę finansów publicznych i łamały prawo. Więc niech lepiej już to przemilczą. Co najwyżej kontrole wewnętrzne powinny ustalić procedury na przyszłość, by podobne przyzwolenie na oszustwa nie mogły zdarzać się w przyszłości.
Za to zwrot sprzecznej z prawem akcyzy powinien odbyć się niezależnie, szybko i bezdyskusyjnie, bo inaczej państwo staje się kompletnie niewiarygodne, niesprawiedliwe, uznaniowe, bo wchodzi z obywatelami w jakiś szemrany układ i przepychanki typu kto, kogo.
To niedopuszczalne.
2007-01-26 11:33
Ogólne ekonomia, podatki, akcyza Komentarze (6)
 Oceń wpis
   
W 2006 roku w gospodarce było nieźle. Dzięki wyraźnemu ożywieniu popytu krajowego mamy przyspieszenie wzrostu PKB z 3,5% w 2005 r. do ok. 5,3% w 2006. Rozwijają się firmy: zysk netto przedsiębiorstw po 9 miesiącach wyniósł 50,7 mld zł, czyli tyle samo, ile przez cały 2005 r. Rośnie liczba firm rentownych, rośnie wskaźnik rentowności, już połowa firm eksportuje swoje produkty i usługi.

Wzrasta dynamika nowych inwestycji (15-17%), rosną również płace realne (ok. 4%) i zatrudnienie. Zaskakujące są wyniki polskiego eksportu – w mijającym roku wzrósł o ok. 20%. Pomimo utrzymującej się dobrej koniunktury gospodarczej nie obserwujemy wzrostu tendencji inflacyjnych. Wysoka dynamika wzrostu PKB spowodowała, że deficyt budżetowy będzie mniejszy niż zakładany w ustawie budżetowej. Politycy, podobnie jak rząd, chętnie przypisują te wyniki sobie. To nadużycie. W gospodarce nic nie dzieje się z dnia na dzień. Moim zdaniem, to przede wszystkim efekt wcześniejszych decyzji, jak np. obniżenia CIT, ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, stabilizującej roli NBP i Rady Polityki Pieniężnej, a przede wszystkim wejścia Polski do UE i ciężkiej pracy przedsiębiorców nad przystosowaniem firm do wymogów europejskiej konkurencji.

Sukces przedsiębiorców w minionym roku trzeba uznać za tym większy, że odbywał się w warunkach politycznego chaosu i niestabilności. Cieszy, że firmy nie reagują na bieżące polityczne zawirowania, martwi, że dzisiejsze zaniechania i brak klarownej, pro wzrostowej polityki gospodarczej musi w końcu znaleźć swoje odbicie w spadku tempa rozwoju Polski. Zapominamy też, że 5. procentowy wzrost gospodarczy to dla naszego, zacofanego jednak na tle UE kraju, za mało, by w sensownej perspektywie przynajmniej zbliżyć się do unijnej średniej. Za mało również, by młodzi Polacy nie szukali dobrobytu w irlandzkich pubach czy londyńskich hotelach.

Tyle dobrego. Teraz lista grzechów:
Dobra koniunktura gospodarki polskiej, wzrost dochodów budżetowych i inwestycji to najlepszy moment na równoważenie budżetu. Niestety, rząd nie zdecydował się na ograniczenia wydatków socjalnych i redukcję kosztów funkcjonowania administracji. Cnotą stało się utrzymanie tzw. kotwicy budżetowej, czyli deficytu budżetu państwa na poziomie 30 mld złotych. Jakoś zapomina się, że ten deficyt jednak pogłębia i tak już ogromny dług publiczny, a przecież, skoro szybciej się rozwijamy, powinniśmy go wreszcie zacząć spłacać. Dlatego negatywnie oceniam niedawno przyjęty projekt budżetu (zbyt optymistyczne założenia dynamiki dochodów, nierealne prognozy wpływów z VAT, wysoka dynamika wydatków – wyższa od dynamiki od dochodów, zwiększające się wydatki socjalne, mały wzrost wydatków prorozwojowych).

Co gorsze, nie próbuje się także nawet rozbrajać tykających ciągle „bomb budżetowych”, wynikających choćby z braku dobrej regulacji emerytur pomostowych czy emerytur górniczych, co może kosztować nas – podatników dziesiątki miliardów złotych.

Rząd nie podjął również problemu zbyt wysokich pozapłacowych kosztów pracy. Brak obniżki kosztów pracy skutkuje brakiem pozytywnych zmian na rynku pracy. Choć bezrobocie maleje i przybywa miejsc pracy, to nadal tzw. wskaźnik zatrudnienia jest bardzo niski – w Polsce ciągle pracuje niewiele więcej niż co druga osoba w wieku produkcyjnym. Na stu pracujących przypada 73 emerytów i rencistów. Poziom dezaktywizacji zawodowej jest więc zastraszający, a pomoc społeczna mało efektywna. Za to minister pracy zgłasza samowolnie postulat podwyższenia płacy minimalnej do poziomu obecnej średniej krajowej.

Nową barierą, mimo wysokiego bezrobocia, staje się brak rąk do pracy w określonych zawodach. I znowu – rząd w tej sprawie rozkłada ręce. A tu potrzebne są pilne zmiany w systemie edukacji zawodowej.
Z zapowiadanej reformy podatkowej pozostało bardzo niewiele, a obniżkę stawek przełożono na 2008 rok; nie ma postępu w przygotowaniu planów zagospodarowania przestrzennego kraju, co ogranicza nowe inwestycje. Obiecywane od wielu lat ułatwienie w rejestracji nowo powstałego przedsiębiorstwa zostało odsunięte na kolejne lata. Nie ma przepisów o zawieszeniu działalności gospodarczej, a zamiast decyzji o dokończeniu reformy emerytalnej mamy ministerialną zapowiedź przekazania pieniędzy z OFE do ZUS.

W mijającym roku z niepokojem obserwowaliśmy wypowiedzi części polityków w różnych sprawach, ważnych dla gospodarki. Nie chodzi już tylko podział na Polskę socjalną i liberalną (ta fałszywa alternatywa odbija się czkawką do dziś), o wykształciuchów, łże elity czy lumpen-liberałów, choć i to ma swoje przełożenie na obraz Polski, szczególnie wśród zagranicznych inwestorów. Przede wszystkim niepokoiły nieodpowiedzialne ataki na niezależność banku centralnego. Balcerowicz musi odejść – to hasło wracało wielokrotnie. Teraz, kiedy rzeczywiście już odchodzi, na niecały tydzień wcześniej nie znamy zatwierdzonego kandydata na jego miejsce. To bardzo poważne zaniechanie, które odpycha od Polski potencjalnych inwestorów.

 Podobnie w sprawie wejścia Polski do strefy euro: rząd albo nie ma zdania w tej sprawie, albo jest ono negatywne i dlatego skrzętnie ukrywane. Tymczasem pozostawanie naszego kraju poza tą strefą osłabia międzynarodową konkurencyjność polskiej gospodarki i z perspektywy naszych ambicji modernizacyjnych jest niewykorzystywaniem historycznej szansy. A reformy wynikające z kryteriów przystąpienia i tak trzeba przeprowadzić.

Niepokoi także brak zdecydowania i konsekwencji w dokończeniu prywatyzacji, szczególnie zaś liberalizacji polskiej energetyki. Do niewykorzystanych szans należy zgoda partnerów społecznych na negocjowanie umowy społecznej. Zlikwidowano korpus służby cywilnej, zmiany w Kodeksie pracy wprowadzono z jednodniowym vacatio legis, a wojewodom dano prawo veta w ustawie o zasadach prowadzenia polityki rozwoju regionalnego. A przecież demokracji nie wolno sprowadzać do sejmokracji.

Rok 2006 zaczął się i kończy politycznym chaosem. Mieliśmy dwóch premierów i dwa expose, czterech ministrów finansów, dwóch ministrów pracy i polityki społecznej, dwóch ministrów spraw zagranicznych, dwie umowy koalicyjne i zapowiedź 100 kluczowych ustaw. Co z tego zostało, każdy widzi. Część przedsiębiorców i obywateli cieszy się jednak, bo przecież mogło być gorzej. To prawda. Tylko dlaczego polskie wybory muszą się sprowadzać do wyboru mniejszego zła? Przecież równie dobrze mogło być lepiej. Mamy jeszcze szanse, bo dobra sytuacja w gospodarce daje podstawy do optymizmu. Trzeba jednak siać, żeby jutro zbierać. I trzeba odwagi.



2007-01-02 15:52
Ogólne polityka, gospodarka, biznes Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Przestańmy wreszcie tylko gadać i obiecywać. Raz zróbmy inaczej: co mamy zrobić jutro – zróbmy dziś.
Co do diagnozy wszyscy są zgodni: koszty pracy Polsce są za wysokie, a płace netto, otrzymywane przez pracowników – za niskie. Co do rozwiązań zgody już nie ma. Najpierw premier Z. Gilowska, wiosną 2006 r. chciała obniżyć składkę rentową o 4 punkty procentowe, ale równocześnie koszt ubezpieczenia chorobowego przenieść na pracodawców. Oznaczało to obniżenie kosztów pracy o ułamek procenta (0,2%) przy uszczerbku dla budżetu na poziomie 10-11 mld złotych. Czy można się dziwić, że i związki zawodowe i pracodawcy uznali te propozycję za chybioną? Potem rząd wytykał partnerom społecznym, że chciał tak dobrze, a to „oni” się nie zgodzili. Teraz znowu zgłaszane są kolejne idee obniżania kosztów pracy, ale odroczone w czasie, poszatkowane i nie przynoszące istotnego, czyli jednorazowego efektu. A tylko takie skumulowanie korzyści może sprawić, że staną się one atrakcyjne.
Niezależnie więc od przyszłych i, w związku z tym, wątpliwych obniżek podatku dochodowego, warto podjąć inne kroki, i to szybko, bo są korzystne gospodarczo i uzasadnione społecznie a jednocześnie relatywnie łatwe do zrealizowania.
Po pierwsze, trzeba znacząc podwyższyć koszty uzyskania przychodu z pracy najemnej. To pozwoliłoby zmniejszyć klin podatkowy tylko osobom pracującym, byłoby więc dla budżetu znacznie mniej kosztowne niż zwiększenie kwoty wolnej od podatku. Jest też uzasadnione ekonomicznie: zwiększy skłonność do oficjalnego zatrudniania, szczególnie osób o niskich kwalifikacjach i nisko wynagradzanych. Wreszcie, jest uzasadnione społecznie: w Polsce, przeciętny dochód na osobę w gospodarstwie domowym emeryckim jest wyższy niż w gospodarstwie pracowniczym, przeciętna emerytura stanowi 65% przeciętnego wynagrodzenia, minimalna emerytura stanowi 75% minimalnego wynagrodzenia, Polska jest jedynym państwem w Unii Europejskiej, w którym przeciętny dochód osób w wieku 65+ jest wyższy niż osób w wieku 0-64, a w strefie ubóstwa znajduje się 3 razy więcej osób w wieku 0-64 niż 65+.
Po drugie, trzeba umożliwić odpisywanie od podatku całej składki na ubezpieczenie zdrowotne. Aby to było nie tak kosztowne dla budżetu, wystarczy poszerzyć bazę płatników tej składki o rolników oraz inne osoby, dziś nie płacące składek.
Po trzecie, Funduszu Pracy powinien być finansowany z budżetu państwa zamiast ze składek pracodawców. Stan finansów tego Funduszu jest zależny od funduszu płac i pokrywa się z cyklem koniunktury gospodarczej. Procykliczność oznacza, że w sytuacji pogarszania się koniunktury, kiedy wzrasta zapotrzebowanie na środki Funduszu Pracy, jednocześnie maleją jego dochody. Korzystniejsze byłoby więc finansowanie Funduszu Pracy z budżetu państwa, a więc przede wszystkim wpływami z podatków obciążających konsumpcję, które nie podlegają tak dużym wahaniom koniunkturalnym jak fundusz płac. Zresztą Polska jest chyba jedynym krajem, w którym to pracodawcy, a nie państwo, finansują bierne i aktywne formy walki z bezrobociem
Po czwarte - włączenie Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych do Funduszu Pracy. Składka na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych jest niska (0,10% wynagrodzenia czyli około 2,5 złotego na pracownika miesięcznie) i jej ewidencjonowanie kosztuje więcej niż wynosi sama składka. Jej utrzymywanie jest więc absurdem.
Po piąte, trzeba wreszcie obniżyć składkę na ubezpieczenie chorobowe i skrócić okres wypłacania wynagrodzenia za czas choroby przez pracodawców. Pracodawcy ponoszą koszty wynagrodzeń wypłacanych pracownikom za czas choroby do 33 dni w roku. W 2005 roku koszty te wyniosły 2,26 mld zł. Ponoszenie takiego ryzyka skłania oczywiście do nieoficjalnego zatrudniania. Skróćmy więc okres „od góry” lub wzorem innych państw zrezygnujmy z wypłacania wynagrodzeń za pierwsze 3 dni każdej choroby. Powszechne ubezpieczenie od ryzyka utraty dochodów przez dłuższy czas można uznać za uzasadnione, ale ubezpieczenie od ryzyka utraty dochodu przez kilka dni jest nieracjonalne, a jego nadużywania nie daje się kontrolować. Składki na ubezpieczenie chorobowe (wypłacane przez ZUS w przypadku absencji dłuższej niż 33 dni w roku) powinny być nadal płacone przez pracowników i mogłyby zostać obniżone dzięki nadwyżce w funduszu chorobowym.
Po szóste, trzeba obniżyć składki płacone i przez pracodawców, i przez pracowników na ubezpieczenie rentowe. Musi temu towarzyszyć zaostrzanie dyscypliny w orzecznictwie rentowym, ograniczenie możliwości korzystania z renty po śmierci małżonka i dofinansowanie z budżetu.
Po siódme, należy ograniczyć możliwości korzystania z wcześniejszych emerytur oraz ściśle uzależnić wysokość emerytury od wysokości wkładu do systemu i przewidywanego czasu pobierania emerytury dla wszystkich grup zawodowych - bez wyjątku. Jest to podstawowy warunek zrównoważenia Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i ewentualnego umożliwienia w przyszłości obniżenia składki emerytalnej. Ale będzie ciężko, skoro zapowiadana jeszcze przez premiera Marcinkiewicza ustawa o emeryturach pomostowych ciągle nie ujrzała Światała dziennego.
Te siedem punktów to plan minimum skoro obniżenie pozapłacowych kosztów pracy staje się obecnie szczególnie pożądane. Niski poziom aktywności zawodowej Polaków (w wyniku korzystania z rent, wczesnych emerytur i świadczeń przedemerytalnych), wyjazdy do pracy za granicę, ożywienie gospodarcze w Polsce oraz mała mobilność pracowników (ze względu na słabo rozwinięty rynek mieszkaniowy) wymuszą wzrost wynagrodzeń przekraczający w wielu firmach wzrost wydajności pracy, a to pogorszy ich konkurencyjność.
Pytanie tylko, czy rząd taki plan wdroży, czy tylko będzie o tym gadał?

2006-12-18 13:34
Ogólne polityka, gospodarka, firma, praca Komentarze (7)
 Oceń wpis
   
Kpiny z prawa czy demonstracja siły, sejmokracja czy kompletne lekceważenie państwa prawnego, jakim Polska, zgodnie z Konstytucją, być powinna. Nie wiem. Pewnie wszystkiego po trochu. Myślę o kolejnej nowelizacji Kodeksu pracy, której skutkiem jest skrócenie czasu pracy.

Otóż zgodnie z tą nowelizacją, jeśli w tygodniu wystąpią dwa święta w inne dni niż niedziela, to czas pracy ulega skróceniu o te dwa dni. (Do tej pory o jeden, drugie święto trzeba było odpracować). Z pozoru nic wielkiego, skoro takie sytuacje w kalendarzu zdarzają się rzadko i w najgorszym razie zdarzą się lata, kiedy de facto przybędą nam dwa dni wolne. Tak zapewne myśleli uchwalający tę ustawę posłowie, i Prezydent, który ją podpisał.
Ale to tylko pozór i kolejny przykład, jak łatwo coś rozdawać nie z własnej kieszeni. A przecież ciągle jesteśmy krajem biednym i dwa dni pracy dłużej z pewnością by się Polsce przydały. Już dziś wedle europejskich raportów mamy drugie miejsce pod względem liczby świąt w roku (11 dni, przy średniej unijnej 9,6). Teraz przybędą nam kolejne. Czy to nas przybliży do średniego poziomu zamożności UE – wątpię.

Jest jednak jeszcze jeden, skandaliczny aspekt tej sprawy. Ustawę, mimo sprzeciwów pracodawców, uchwalono praktycznie z jednodniowym vacatio legis, bowiem ustawa uchwalona 18 października 2006 r. została opublikowana 29 listopada, by 30 listopada wejść w życie. Wszystko po to, by sprezentować jeszcze jeden wolny dzień w grudniu 2006 r. W efekcie, ponieważ zgodnie z regulacją nie wolno z tego powodu obniżyć wynagrodzenia w grudniu 2006 r., a praca i kontrakty muszą być wykonane, przedsiębiorcy mają tylko jedno wyjście – opłacić nadgodziny lub zatrudnić dodatkowych pracowników. Lekko licząc będzie to kosztowało firmy jakieś pół miliarda złotych plus koszty reorganizacji pracy, plus koszty innego rozliczenia czasu pracy w kończącym się w grudniu okresie rozliczeniowym. Ale co to obchodzi posłów, senatorów, rząd? Przecież nie oni za to płacą.

Propozycje, żeby ustawa weszła w życie w nowym okresie rozliczeniowym, czyli od stycznia 2007 r. zostały zlekceważone i odrzucone. Nad tym, jak firmy, często zatrudniające kilka, czy kilkanaście tysięcy, są w stanie wdrożyć nową regulację z dnia na dzień nikt się nie zastanawiał. I to jest w tej sprawie najbardziej oburzające: arogancja władzy, która może wszystko, brak racjonalności podejmowanych decyzji, populizm, lekceważenie prawa, lekceważenie obywateli, długo by wyliczać.

Dlatego Lewiatan idzie w tej sprawie z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego, choć przecież mamy świadomość, że nim Trybunał sprawę rozpatrzy i tak będzie po herbacie. Ale uznaliśmy, że nie wolno nam biernie przyglądać się temu, jak bardzo przesuwane są granice poszanowania państwa prawa, Konstytucji, zdrowego rozsądku i zwykłej przyzwoitości. „Bo jeśli nie my – to kto…”
2006-12-07 11:39
Ogólne gospodarka, ue, prawo Komentarze (4)
 Oceń wpis
   
O czym innym można myśleć niż o 23 górnikach, którzy zginęli w Halembie, o ich rodzinach, bliskich, przyjaciołach, o tragedii jaka tam się rozgrywała przez długie godziny na naszych oczach, o nadziei i jej utracie, o kolegach, którzy ich ratowali i o innych, którzy każdego dnia, mimo wszystko, pracowali pod ziemią.
I pytania, które w sposób oczywisty, padają: czy warto było wracać po maszyny warte kilkadziesiąt milionów, czy można było uniknąć tragedii, czy wszytko działo się zgodnie z górniczą sztuką, górniczymi regułami.
Taki dramat każe nam wszystkim zatrzymać się, choćby na moment i zastanowić nad sensem tego co robimy i jak robimy, nad naszymi wartościami, każe inaczej spojrzeć na wagę spraw którymi się zajmujemy, inaczej szacować korzyści i straty – tylko, ile z tego nauki, i trwałej zmiany zachowań?

W skali narodowej odczuliśmy taką konieczność zmiany po śmierci Jana Pawła II. Zmiany wystarczyło zaledwie na kilka tygodni. Potem szybko wrócił język nienawiści, podejrzeń, wzajemnych zarzutów, stałego podkreślania zła, jakby ono dominowało wokół. Jak będzie teraz?

Tragedia w Halembie sprowokowała też dziennikarzy, ale i zwykłych ludzi, do refleksji nad górniczym stanem, nad ryzykiem takiej pracy. Byli też i tacy, którzy próbowali tę tragedię racjonalizować: wszak więcej pracowników w przeliczeniu na tysiąc zatrudnionych ginie każdego roku w rolnictwie, w budownictwie, w transporcie. Ale, jak tłumaczył w „Szkle kontaktowym” Grzegorz Miecugow, nie o to chodzi: dramat Halemby dzieje się w jednym miejscu, w jednym czasie, i dotyczy jednej grupy ludzi – to dopiero przemawia do naszej wyobraźni i zmusza do refleksji.

Część dziennikarzy, pamiętając wniosek Lewiatana do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie emerytur górniczych, pytała nas prowokacyjnie, czy teraz też byśmy go złożyli. Ta próba wykorzystania tragedii do zmiany stanowiska Lewiatana w zupełnie innej sprawie, nie jest, moim zdaniem, w żaden sposób usprawiedliwiona, ale pokazuje pewien sposób myślenia, z którym się nie zgadzam. Brak sensownego uregulowania emerytur pomostowych, nie tylko dla górników, skłania do manipulowania opinia publiczną, do gry na emocjach w złej sprawie. Przecież emerytury pomostowe mają być tylko przejściem do zupełnie innego systemu „zarządzania” ryzykiem wynikającym z uciążliwych czy szkodliwych warunków pracy. Do systemu, w którym nie będzie się eksploatowało pracownika każąc mu przez wiele lat pracować w trudnych warunkach, aby potem oferować mu wcześniejszą emeryturę, lecz systemu, który ograniczy ryzyko utraty życia i zdrowia do krótszego okresu, by potem pozwolić funkcjonować w warunkach pozwalających zachować w miarę normalną kondycję fizyczną i intelektualną, do systemu, który nie pozwoli na handlowanie ludzkim zdrowiem i życiem. Czy tak trudno to zrozumieć?

Smutno….

24 listopada 2006 r.
2006-11-24 16:20
Ogólne polityka, gospodarka, praca Komentarze (8)
1 | 2 |